roz...stanie
[22.02.07/01:05]roz...stanie

Mam wrażenie, że znam Go [czytaj Krzysia] od urodzenia...mimo, iż nie bawiliśmy się w tej samej piaskownicy, nie kupowaliśmy lodów w tej samej kawiarence, nie chodziliśmy na te same wernisaże, nie jeździliśmy tymi samymi trasami rowerowymi, nie mijaliśmy się na mieście......jak my się wogóle spotkaliśmy...hmmmm....
Mimo wielu sytuacji zupełnie wykluczających nasz przyszły związek spróbowaliśmy...na początku cudowne zauroczenie: kwiaty, kino, imprezki u znajomych...potem wspólne plany, dalsze i dłuższe wyjazdy, obiadki u rodziców...potem rozstanie, powrót, rozstanie, powrót...ciężko było...ale za którymś razem...znowu spróbowaliśmy...spakowaliśmy moje rzeczy: książki, kosmetyki, ubrania, kwiaty, wieże, telewizor, dvd, laptopa, płytki...zapakowaliśmy wszystko do autka i pojechaliśmy 500m dalej...bo mieszkamy mniej więcej w takie odległości od siebie [do tej pory się z tego śmieję...wielka przeprowadzka...."na drugą stronę ulicy"]...
Rano Krzyś robił śniadanka, wspólnie sprzątaliśmy, robiliśmy zakupy, całe noce gaworzyliśmy o książkach, filmach...aż pewnego dnia miałam poważną sprawę rodzinną...wróciłam póżniej niż zwykle do domu...a tam róże, Norah Jones w tle, kolacja i pierścionek zaręczynowy...piękna atmosfera...
miesiąc...miesiąc...miesiąc...miesiąc...
Wreszcie znalazłam chwilkę dla przyjaciółek...kawka latte, wuzetka...piękny majowy dzień...odbijające niebo okna kawiarni...i wysiadający po drugiej stronie z samochodu mój Krzyś z nie moją kobietą...chwilę później buziak, klaps w tyłek i pożegnanie...a ja przy stoliku naprzeciw...
szok...szok...szok...szok....
Powrót do domu...pudła, walizka...mój brat wiedział kiedy wziąć urlop...
a i jeszcze jedno...
ODDAWAJ MÓJ TELEWIZOR...
nic więcej
Za zimno w pociągach...
[20.02.07/12:55]Zimą za zimno w pociągach...

Być może za dużo podróżuję, być może też za mało zarabiam...bo stać mnie tylko na dalekie wyprawy pociągiem. I właśnie ostatnio wzięłam plecak, dobrą książkę i wybrałam się w podróż marzeń-do Gdyni...też byłam zaskoczona własnym wyborem. Otóż kupiłam bilet: studencki do Gdyni poproszę...wsiadłam...i po 30minutowym opóźnieniu ruszyliśmy...ja i pociąg. Po 100-stu stronicach książki postanowiłam zorientować się gdzie już jesteśmy i ku mojemu zdziwieniu nic nie było widać...szron przykrył okno z zewnątrz i wewnątrz raczej też...skrobałam, skrobałam i udało się dojrzeć jakąś małą miejscowość...potem wyłączyli ogrzewanie i zaczynały sztywnieć mi palce u stóp...a w butkach zimowych bylam. Potem zrobiła się burza śnieżna i przez nieszczelne okna wpadały płatki śniegu...pomyślałam, że chyba z zimna nie wrócę już do domu...zamarnę...i niikt nawet nie będzie wiedział któż to taki skostaniały siedział w tym pociągu, na tym siedzeniu...a przecież w mojej miejscowości jestem dość znaną poetką...
a Gdynia?..zapytał mnie ktoś...o miasto bajecznie piękne...szkoda tylko, że zwiedzając je wyglądałam jak mały pingwinek-stawiałam kroczki; z nóżki na nożkę.. i z boczku na boczek kręciłam bioderkami...efek komiczny...mały Pingui w kurtce militarnej...
polecam...być może warto było się wybrać...
